Ja i mój kamień - storytelling
Codziennie to samo.
Wstaję. Ubieram się. Robię śniadanie. Piję kawę. Dzień jak
co dzień.
Patrzę na zegarek. Bardzo rzadko jeżdżę na uczelnię
tramwajem, wolę iść na piechotę. Obliczam, ile mam czasu do wyjścia
– zawsze wychodzę 20-25 minut przed rozpoczęciem
zajęć. Zawsze idę tą samą drogą. Wychodzę z domu, czekam
na jedne światła, potem na drugie. Potem już nie czekam, bo
przechodzę między blokami. A potem już na skos przez pole aż
do kolejnych świateł.
Robię tę trasę od kilku miesięcy, codziennie tak samo.
Nawet po kilka razy. W środy na przykład
po sześć.
I codziennie potykam się
o ten jeb.ny kamień.
Doskonale wiem, że tam jest. Nastawiam się już wcześniej,
że muszę dość wysoko podnosić nogi i uważać na to, gdzie je
stawiam. Od momentu wejścia na to pole przygotowuję się
psychicznie do tego, że teren jest nierówny. I że ten
kamień tam jest.
A i tak za każdym razem o niego zahaczam.
Śni mi się to po nocach. Idę, a on tam leży.
I choćbym nie wiem jak się starała, to on
zawsze mnie dopadnie. Zawsze ustawi się w taki sposób, że czubek
mojego buta zaczepi o jego nierówności. I zawsze przeskakuję
wtedy z nogi na nogę, a potem muszę się zatrzymać i mieć
nadzieję, że nikt nie widział tego tańca-połamańca, podczas którego prawie wybiłam zęby, starając się o utrzymanie równowagi.
A że ostatnio moje batalie z tym kamieniem toczą się
w temperaturach dość konkretnie poniżej zera, także spotkanie z tym
gościem odczuwam dość boleśnie. Nie tylko psychicznie.
I tak, kiedyś, po kolejnym przegranym pojedynku,
po kolejnym potknięciu, naszło mnie pewne przemyślenie. Swoją drogą,
to całkiem zabawne, że takie rzeczy mogą człowieka zmusić
do myślenia.
Są w życiu takie rzeczy, które czają się na nas
i nam przeszkadzają. Powodują jakiś dyskomfort. Są rzeczy, które sprawiają
nam problem i o które się potykamy. I nawet jeśli zdajemy sobie
z nich sprawę, i nawet jeśli jesteśmy je w stanie
zidentyfikować, to istnieje duża szansa, że wciąż będą nas pokonywać.
I najczęściej na te właśnie wrzody nadziewamy się
na tej naszej osławionej drodze do celu. Kiedy próbujemy coś
od nowa i wiemy mniej więcej, co nas czeka. Nastawiamy się
na to. I dokładnie dlatego, że myślimy o tej przeszkodzie,
ona skutecznie spełnia swoje zadanie.
Potknięcie nie jest wynikiem lekceważącego podejścia,
ale wyolbrzymiania przeszkody. Pewnie gdybym się
tak nie skupiała na tym kamieniu, to bym przeszła obok
niego i nawet bym go nie zauważyła, nie mówiąc już
o zahaczeniu. Ot, kamień jak kamień. Jak milion innych kamieni.
Gdzie by nie szukać, zawsze dowiemy się,
że pierwszym krokiem do rozwiązania problemu jest zidentyfikowanie
go. Postawienie diagnozy.
Co jest moim kamieniem?
Moim wrzodem na dupie i prześladowcą, który czai
się na mnie każdego dnia, który czeka na odpowiedni moment,
żeby pojawić się na torze mojego ruchu i wstrzymać
mój krok?
U mnie to chyba będzie perfekcjonizm. Kiedy
idzę swoim nieprzerwanym krokiem, pełna gracji, majestatu i dumy,
a nagle się zwijam i niemal padam na ziemię, przy czym wyglądam jak ostatnia parówa, uświadamiając sobie, że właśnie idealny obraz mnie - damy, wróżki, kobiety z klasą - legł w gruzach.
Nawet jeśli nikt tego nie widział, zdaję sobie sprawę, że królową
wdzięku to wtedy nie jestem. Sama ta świadomość sprawia,
że płonę w swoim personalnym piekle.
Albo taniec klasyczny. Generalnie nigdy
na brak umiejętności w tańcu nie narzekałam, dopóki
nie dołączył on. Moje marzenie, a jednocześnie
moje przekleństwo, bo właśnie wtedy sobie uświadamiam, jak bardzo jestem
wobec niego bezradna. Próbuję go ugryźć z każdej strony,
ale i tak zawsze będę się potykać. Ruchy rąk przypominają wtedy uschnięte gałęzie buku, fruwające na wietrze w chłodny zimowy wieczór, a nogi plączą się jak nieuważnie rozwinięty kłębek włóczki.
Albo fizyka. Staram się z całych sił ją
od siebie odpędzić, ale niestety – jest wszędzie. W tańcu,
w śpiewie, w gotowaniu, w pisaniu. Ona zawsze stoi mi
na przeszkodzie i myślę o niej już od chwili, kiedy budzę
się o 8 rano, a zajęcia z niej mam o 14.
Ale mimo wszystko, mimo każdego potknięcia, zawsze w tym samym miejscu, zawsze z tego samego powodu, wciąż wybieram tę trasę. Być może naiwnie, ale ciągle wierzę, że kiedyś uda mi się przejść obok niego i się nie potknąć.
Update – po napisaniu tego tekstu poszłam na uczelnię.
Tak, tą samą drogą, co zawsze.
Nigdy nie zgadniecie, co się wydarzyło.
Jeb.ny kamień.
Komentarze
Prześlij komentarz